Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 550 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Żegnaj Tato............

wtorek, 29 listopada 2011 23:28

 

 

 

 

 

ŚPIESZMY SIĘ KOCHAĆ LUDZI-TAK SZYBKO ODCHODZĄ..............


Podziel się
oceń
3
1

komentarze (16) | dodaj komentarz

Nocna ucieczka

piątek, 28 października 2011 10:25

Sytuacja,którą opisze miała miejsce prawie dwa tygodnie temu.Niemniej jednak wciaż mnie dreszcze przechodzą na samo wspomnienie.

Tata po wyjściu ze szpitala jets zupełnie innym cżłowiekiem.W zasadzie nie ma z nim kontaktu.W dzień pól biedy.Zawsze ktoś w domu jest,kręci się po mieszkaniu i oko na ojca ma.Uciążliwe jest to,że czasami czuję się jak więzień we własnym domu.Bo nie mogę wyjść zostawiajac go samego.Nie wiem co mu do głowy strzeli.Z gazu zrezygnowałam bo odkręcał kurki.Kuchenkę elektryczną mam tak zabezpieczoną,że jek nie uruchomi.No ale wbrew pozorom w domu czyha wiele innych niebezpieczeństw.

Np drzwi.Tak,drzwi stanowią zagrożenie.Bo przecież można niepostrzeżenie wyjść z domu.

Tydzień temu zostałam sama w domu z tatą i dziećmi.Mąż na noc w pracy.Zuzia dostaczała mi nocnych atrakcji w postaci częstych pobudek spowodowanych ząbkowaniem.Starsza na szczęście spała.Tata natomiast zupełnie stracił poczucie dnia a nocy.Całe noce wariuje.Chodzi po mieszkaniu,krzyczy,hałasuje.Wpada na przykład do mnie do pokoju i zaczyna krzyczeć HALO SĄ TU LUDZIE?Ja sie potrafię zlęknać gdy w ten sposób jestem wyrwana ze snu.A co dopiero Zuzia,która potem przestraszona ma problem z ponownym zaśnięciem.Albo przychodzi do pokoju z kołdrą i poduszką i mówi,że chce spac z dziećmi.Zupełnie jakby cofnął się w rozwoju.Ale takie "dziecko"do opieki jest zdecydowanie trudniejsze.Pomijam aspekty psychiczne-bo cholernie ciężko mi pogodzic się z myślą,ze już nie będę mieć swojego taty jak dawniej.Serce sie kraja jak na swojego rodzica patrzy się w takim stanie.

Staram się załątwiać pomoc z zewnątrz.Póki co pomoc domowa hospicjum.Natomiast lekarka nalega na ośrodek opiekuńćzo leczniczy.DLa mnie to ostateczność ale niestety widzę co se dzieje,wiem,ze będzie coraz trudniej.I któregoś dnia będę musiała skorzystać z fachowej,stałej pomocy.

W zeszłym tygodniu poprostu padałam na twarz.Dwoje dzieci,chory tata,praca,dom.Doba zdecydowanie za krótka żeby wszytsko jakos ze sobą pogodzic.Tata wstawał w nocy kilkadziesiąt razy.Bładził po mieszkaniu,trzaskał meblami,sam ne wiedział co chce.Nakarmiłam,napoiłam,zaprowadziłam do toalety.Ułożyłam do snu.I tak w kółko.Ledwo zdąrzyłam się położyć zaczynała płakać ZUzia.Oszaleć można.

Drzwi wejściowe zamykane na trzy zamki.Coś mnie tknęło i drzwi zabarykadowałam wielkim,cieżkim koszem wiklinowym.Miałam problem żeby go zaciagnąc pod drzwi.Zabarykadowałam sie nie z myślą,że tata zechce z domu uciec tylko,że mogą mu się pomylić drzwi wyjśćiowe z drzwiami z łazienki.Uznałam,ze takiego cięzkiego kosza nie da rady przenieść a jakby co narobi hałasu i się obudzę.O ja naiwna!

Po 1 w nocy wkońcu na dłuższą chwilę się uspokoiło.Tzn tata wstawał do łązienki ale juz nie robił żadnych nocnych akcji.Wracał do pokoju i kładł się spać.

O 4 nad ranem Zuzia zrobiła kolejną pobudkę.Dałam jej pic i poszłam do wc.Jak tylko weszłąm do przedpokoju poczułam jakbym dostała czymś ciężkim w głowę.Widzę na oscież otwarte drzwi.Kosz odsunięty.Poczułam jakby ktoś mi obręcz na głowie zaciskał.Biegam po mieszkaniu.Taty nie ma.Na boso wybiegłam na klatkę szukając go.Na dworze 0stopni.Ja na bosaka wokól domu biegam.Nie ma go!

Brat mieszka w zasadzie po sąsiedzku.Szybki telefon"Tata uciekł".

Jego krótka odpowiedź niecenzuralna więc nie bede cytować:P

Za minutę był już u mnie.Ja zostać musiałam z dziecmi,on zaczął szukać go po okolicy.Szybko musiałam dzwonic po męża.Dojechał z pracy z prędkosćią światła.Urwał tłumik przy okazji.

Taty nie było nigdzie w okolicy.Brat pobiegł szukać w innych częściach miasta,ja zadzwoniłam po policję.Zazwyczaj przyjmują zgłoszenia o zaginięciu po upływie określonego czasu.Bałam się,ze i tym razem mnie spławią.Na szczęscie zgłoszenie zostało od razu przyjęte.

Jako,że to jest chory cżłowiek, po tak cieżkiej operacji w pizamie przy takiej temperaturze.....to zagrażało jego życiu.Policja wzięła ryspopis,został nadany komunikat do patroli,w moje okolice podjechał radiowóz i wszyscy szukali taty.Mnie przełączono na pogotowie żeby dowiedzieć się czy jakaś załoga karetki nie udzielała pomocy albo czy nie został zabrany do szpitala taki człowiek.Niestety nie.

Tata na ręku ma obrączkę z danymi.Jeżeli gdzieś kiedyś by się zgubił nie jest w stanie powiedziec gdzie mieszka,jak się nazywa.Kiedyś juz się zdarzyło,ze wyszedł na spacer z psem i znalazł się w ościennym mieście.Źle sie poczuł.Nie wiedział jak sie nazywa i gdzie mieszka.Na szczęscie jacyś panowie zabrali tatę do auta i przywieźli do domu.

Czas mijał a taty nigdzie nie udało sie znaleść.Po dwóch godzinach brat wpadł na trop.NIedaleko naszego domu jest stróżówka.Stróż powiedział,że około 4 szedł jakis facet w sweterku i chciał wejść ale on go wpuścić nie mógł bo teren prywatny.Trop jest więc jazda dalej.Dalej to jest stacja beznynowa.Brat wpadł tam i co zobaczył?Ojca spokojnie siedzacego przy stoliku.Zupełnie jakby czekał na autobus.Nie był świadomy gdzie jest i po co tam przyszedł.Najpierw mój brat skoczył do babki co tam pracowała.Czy nie mogła zadzwonic na policję.CHyba nie jest normalną sytuacją,ze o 4 rano przychodzi gość w pizamie i klapkach,że na dworze jest tak zimno.Czy jej nie zastanowiło co ten pan tu robi.A ona bezczelnie odpowiada:A po co miałam dzwonić na policję,mi nie przeszkadzał.

Super kurwa.To ja se przyjdę z granatem w nocy,usiadę przy stoliku i ciekawe czy jej też to nie będze przeszkadzac.

Wyziębniętego ojca brat przyprowadził do domu.Bałam się,ze to zaraz skońćzy sie zapaleniem płuca.W tej sytuacji to byłoby zagrożenuie życia.

Na szczęście wszystko skończyło sie dobrze.Odwołaliśmy na policji zgłoszenie,tata na szczęście sie nie rozchorował.

Nie mogę zrozumieć głupoty pracownicy stacji.Gdybym to ja pracowała w takim miejscu i w nocu przyszedłby na stację ktoś w piżamie to pomyślałabym SZaleniec jakiś.Raz,ze pewnie w pierwszej chwili bałabym się o swoje bezpieczeństwo.NIkt przy zdrowych zmysłam nie paraduje nocą w piżamie po ulicach.Po drugie po chwili bym pomyślała,ze pewnie to jakiś zbieg-albo z domu albo ze szpitala.Więc na pewno ktoś go szuka.Na pewno bym poinformowała policję albo poprostu wezwała ochrone.Nie ważne czy gość byłby nieobliczalnie niebezpieczny czy grzecznie sobie siedział.Wkońcu to nie noclegownia dla bezdomnych żeby nocami sobie przychodził kto chce i się ogrzewał.Mój mąż postanowił nie zostawić tak tej sprawy i poszedł rano na stację na rozmowę z kierownikiem.Jak tylko wszedł na stacje pracownik,który w nocy był na zmianie poszedł do biura kierownika.Pewno urabiał kierownika bo ten jak wyszedł do mojego męża to od razu wyjechał z tekstem,że do nich nawet w samych majtkach zimą przychodzą ludzie i poprostu się ogrzewają i idą dalej i nie widzą powodu by wzywać policję czy w jakikolwiek sposób interweniować.
NIe wiem czy ja na innym świece zyję czy co?

Od tamtego zdarzenia czuję jabym mieszkała w domu wariatów bowiem wykręciliśmy klamki w drzwach wejściowych i zamontowaliśmy zamki zatrzaskowe.

Lekarka przepisała tacie leki nasenne.Tak co by w nocy nie chodził i żeby nic dziwnego mu do głowy nie strzeliło.

Odetchnęłam z ulgą.

Ale oczywiście nie może być dobrze.Tata po tych tabletkach ma jeszcze gorsze urojenie i WOGÓLE NIE ŚPI.Ani na minutę.Na ulotce jak byk-w razie wystąpienia urojeń i bezsennosci natycjmiat odstawić lek.

Nie wiem jakiś lekooporny jest mój tata czy co?

Czytałam po sto razy ulotki wszystkich leków jakie biezre z nadzieją,ze na którymś będzie napisane,ze skutki uboczne to bezsenność.Wtedy poprostu zmienilibyśmy leki.Niestety.Wręcz przeciwnie na wszystkich pisze,ze leki mogą wywoływać nadmierną sennosć.Więc co u licha?

Tak wię ckolorowo nie ma.Noce to jakiś koszmar.Nie wiem ile snu na dobę potzrebuje człowiek.Bo jak dla mnie 2-3 godziny snu na dobę to zdecydowanie za mało.Czuję,ze się rozpadam.Marzę o tym by sie bezstresowo wyspac.

Brat zabrał na weekend tatę do siebie.Mąż zajął się dziecmi a ja dwa dni odsypiałam.

Weekend bez stresu o tatę,ze spokojnymi nocami i czasem spędzonym z dziećmi nałądował moje akumulatory na walkę z kolejnym cieżkim tygodniem.

Tymczasem zupełnie przypadkowo uzdrowiłam tatę z nocnych pobudek i urojeń.

Źle obliczyłam tabletki.Myślałam,ze opakowanie starcza na dwa tygodnie,wizytę lekarki miałąm na wtorek wtedy miałąm dostać kolejne recepty............A tu zonk...Bo opakowanie starcza na 10 dni.A,ze to weekend był więc nie miałabym gdzie dostać recepty na ten lek.A odstawic tak nagle go nie wolno.Wiec co by wogóle dostawał lek zmiejszyłam dawkowanie.Zamiast dwa razy dziennie po tabletce dawałam dwa razy po pół.

Tata zaczął spac w nocy i ma mega apetyt.W nocy owszem wstanie do łązienki i....żeby zjeść.Ma juz naszykowane na noc jedzonko więc nawet nikogo nie budząć zje kanapkę i idzie spac dalej.

Poza tym stał się nieco bardziej kontaktowy niż wcześniej.Wydaje mi się,że dawkowanie jakie mu ustanowiono w spzitalu było za duże.Leki go za bardzo otumianiały,powodowały jakieś zaburzenia osobowośći i bezsennosć.Teraz nie wariuje,śpi spokojnie i nawet próbuje być samodzielny-np już wie,że może sobie otworzyć lodówkę i wziać coś do jedzenia,czy bierze chleb i smaruje masłem.Ba!Nawet próbuje sam zrobić sobie herbatę.

Moze z zewnątrz to się wydawać dziwne,śmieszne.....Ale dla mnie to kroki milowe.

Wiem,ze już nie cofnie sie choroba,że musimy nauczyc sie wszyscy z tym żyć.

Ale dla mnie najważniejsze,zeby jak najdłuzej tatę utrzymać w stabilnej kondycji.

NOce jeszcze nie są idealne bo tata wstaje często ale nie odwala jakiś dziwnych akcji,ze krzyczy albo ucieka.Poprostu często chodzi do wc,budzi go głód.Ostatnio naprawde dopisuje mu apetyt.bardzo mnie to cieszy bo w pierwszym tygodniu po powrocie ze szpitala tata nie jadł wogóle.Teraz aż miło patzreć jak dwa razy o dokałdkę woła:)

ZObacyzmy czy taki stan się utrzyma czy będzie koneiczna interwencja farmakologiczna by ustabilizować taty sen.

Tymczasem zmykam bo obowiazki wzywają,a doba jakoś wydłużyć się nie chce:)

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Inne spojrzenie na życie

wtorek, 11 października 2011 20:37

Wiele się wydarzyło przez te miesiące gdy nie pisałam nic na blogu.Nie zawsze były to dobre zdarzenia.

Doba zdecydowanie jest za krótka by pogodzić wszystkie obowiązki.

Zacznijmy od pozytywnych spraw bo tych drugich będzie węcej:(

Młodsza pociecha biega aż miło:D

Trzeba mieć oczy dookoła głowy bo wszędzie sę wspina,.wszystko ją interesuje.

Najzabawniej jest gdy zmywam.Przynosi z pokoju swoje malutkie krzesełeczko przepycha się do mnie i wspina.Koniecznie musi widziec co robię.Jednak nawet z perspektywy krzesełka nie jest w stanie zobaczyć co ciekawego kryje się w zlewie i wymuszonym EJJJJJJJJJ rząda by ją podnieść aby mogła zaspokoić swoją ciekawosć.

Kąpiele.Przez wieeeeeele długich mięsięcy był to horror.Na sam widok wody mała wrzeszczała wniebogłosy.Obawiałam się,że wkońcu sąsiedzi nerwowo nie wytrzymają i wezwą poliucję w obawie,że robię dzecku krzywdę.

Kombinowałam na wiele sposobów aż wkońcu przyszedł czas,że Zuzia najchętniej wcale by nie wychodziła z wody.najbardziej uwielbia wspólne kąpiele ze starszą siostrą.

Wczęsniej na widok wanny zaczynał się grymas i płacz a teraz na widok wanny mała próbuje sobie pampersa ściągnąć i włazić do wanny:)

Także jak widać na wszystko przyjdzie pora.

Nocnikowanie.Na razie Zuzik rob sobie zabawę z nocnika.Owszem posiedzi chwilę ale zatrybić jeszcze nie może o co chodzi.Nic na siłe,przyjdzie i na to pora.

Ząbki.Ząbkowanie do tej pory obywało sie bez jakis większych ekscesów.Ma już pięć ząbków,którymi gryzie wszystko co znajdzie się na wysokosci jej paszczy:D

Zaliczyłyśmy historię z jakimś bliżej nierozpoznanym wirusem objawiającym się biegunką,gorączką i totalnym odrzutem od jedzenia.Na szczęście po trzech dniach młoda wróciła do swiata zywych,nadrabia jedzeniowe braki i na razie jest dobrze.

Moja mała panienka postanowiła,ze jest taka duża,że nie będzie juz piła mleka.najpierw jak miałą 3 miesiące odrzuciła pierś przerzucając się na butelkę.Teraz skońćzywszy rok mleko też jest be.Zresztą poznała juz wszystkie smaki domowej kuchni u zdecydowanie jej to bardziej smakuje niż mm.

Próbowałam podać mleko a to z kubeczkama to z innej butelki,a to łyżeczką ale nic z tego.Ten smak zaczął jej sie zdecydowanie niepodobać.MArtwiłam się tym bo wydaje mi się,ze mleko musi pic.Na szczęście rozwija się prawdłowo,je wystarczające ilosći nabiału,dietę ma urozmaiconą i lekarka uznałą,ze nie mam się stresować skoro je wszystko chętnie.Tak więc dziecko mi sie samo odbutelkowało.

NAjwiększym przyjacielem Zuzi jest jej NYNY.Dla niewtajemniczonych wyjaśniam-smoczek.Bez przyjaciela nie zaśnie,a i jak ma gorsze chwile to pocieszacz musi byc blisko.Jak nie może zlokalizować smoczka chodzi po mieszkaniu i woła NYNY,NYNY.

NIe wiem skąd jej sie to wzięło:)

No i o ile zmieniały jej się różne upodobania(kąpiel,mleko)to może przyjdzie wkrótce czas,ze i Nyny pójdzie w odstawkę.Żeby było śmieszniej ma zdecydowane preferencje i co do koloru i co do kształtu smoczka.Kiedys na spacerze zgubiła smoczek.Poleciałam kupic nowy.Wywaliła go na drugi dzień bo przecież nie był różowy:)

Siostra.Uwielbia się z nią bawic.Największą frajdę sprawia jej jak obie leża,łaskoczą się,turlają po podłodze.

Co jak co ale wtedy w domu jest wesoło.

NAjwiększą fascynacją Zuzi jest muzyka.To niesamowite jak reaguje na muzykę.Zasypia najchętniej przy muzyce.A jak usłyszy pewną piosenkę to jest istna masakra.Wywija rękoma,nogami i kręci pupą jak rasowa tancerka.

Starsza córa chodzi do zerówki.Jeszcze niedawno była małym bąbelkiem,a za chwilę zasiądzie w szkolnej ławce.Nie do wiary jak ten czas pędzi.

Też jak młodsza siostra ma zamiłowania do muzyki i tańca więc w tym roku chodzi na tańce.

 

Teraz o mniej przyjemnych sprawach.

Mój tato jest ciężko chory.

Ponad dwa lata temu zdiagnozowano u niego nowotwór płuca.NAjpierw lekarze uznawali,że nie ma jak leczyć,odpada chirurgiczne leczenie,zostaje tylko opieka paliatywna ponieważ tatę dopadł najgorszy rodzaj raka,najbardziej rozsiany po zajętym organie.Potem zdecydowal sie podać jednak chemię.Jednakże nie dawalinam dużej nadziei.Straszyli statystykami,że przewaznie pacjent żyje pół roku od diagnozy.

Jednak efekty jakie przyniosła chemioterapia zdziwiła nawet samych lekarzy a ja po raz kolejny uwierzyłam,ze cuda się zdarzają.Skierowano tatę do innej kliniki gdzie onkolodzy zadecydowali o radioterapii.

Wiele miesięcy tata jeździł do kliniki onkologicznej na setki badań i konsultacji i na same naświetlania.Wszystko zdąrzało ku dobremu.Niestety nic co dobre nie trwa wiecznie.

Okazało się,że są przerzuty.Zajęte były węzły chłonne.Zmiany w błyskawicznym tempie się powiększały i zapadła decyzja o jak najpilniejszej operacji usunięcia węzłów chłonnych.

Wszystko przebiegało błyskawicznie.

Trzy tygodnie temu tata trafił do kolejnej kliniki.Tym razem na torakochirurgie.Najpierw była kwestia tego czy wyniki spirometrii będą na tyle satysfakcjonujące,że bedzie mógł byc poddany zabiegowi.Na szczęście okazało sie,ze tak.

Niestety po przyjęcie na oddział i po standardowych badaniach okazało się,że kardiologicznie jest niedobrze.Może złe wyniki były spowodowane stresem ale po kilku dniach podawania leków na tyle sie sytuacja ustabilizowała,ze zapadła decyzja o operacji.

Miał być poprostu zabieg.Tyle,ze w całkowitej narkozie.Okazało się,ze była poważna operacja.Niestety poza węzłami chłonnymi usunięto też dwa płąty płuca.

Najgorsze było czekanie.Njgorsze były słowa lekarza,ze decydująca będzi epierwsza doba.TAta leżał (zresztą nadal leży)na OIOM-ie.NIe moglismy tam wejsć,nie mogliśmy zobaczyć taty.Ta niepewność,to czekanie było najgorsze.

Na początku lekarz nie powiedział nic ponadto,ze 'operacja się udała pacjent przeżył".Teraz wiemy po kontrolnych badaniach,że sytuacja pod tym kątem jest ustabilizowana i można tatę wypisać do domu.

Powinnam skakać do góry z radosci,prawda?A nie skaczę bo potwornie boję się tego co przyniesie czas.

Powinnam się cieszyc bo widziałam jak potworne raczysko zjada moją Mamę(*),a w przypadku taty udało sie pokonać potwora.

Gdybyśmy nie zdecydowali sie na operację lada moment zaczęłyby sie nacieki z węzłów,kolejne przerzuty.Nie na darmo dwa lata walczyliśmy żeby na mecie się poddać.

Niestety jest druga straszna choroba z jaką sie borykamy.Niestety nieuleczalna i postępująca kazdego dnia.

Demencja.

Jeżeli ktoś miał styczność z osobą chorą na demencję,jeżeli ktoś zajmował sie taką osobą wie co to znaczy.

Tata od kilku lat miał objawy demencji.Owszem brał leki ale tej choroby nie da sie zatrzymacTylko lekami spowalniamy jej rozwój,który i tak jest nieunikniony.

To straszne patrzeć jak z kazdym dniem ktoś tak bliski się oddala,znika,staje się coraz bardziej obcy.

Opieka nad kimś takim wymaga niespożytych sił i stoickiego spokoju.Nie jest to łatwe.

Nie będę się produkować na czym ta choroba polega,nie bedę się wymądrzac.Wujek Google prawde powie.

Tata jest jeszcze młodytm człowiekiem.MA raptem 61 lat.Psychicznie 30 lat więcej.

Kontakt z nim jest delikatnie mówiąc mocno ograniczony.Sam nie przygotuje sobie nawet kanapki.Jedyne szczęście,że jeszcz epotrafił coś zrobić koło siebie.Ze umiał samodzielnie zjeść,a nie trzeba go karmić.Że umie się ubrać,umyć,ogolić.

Niestety lekarka nie jest optymistką i mówi,ze to kwestia krótkiego czasu gdy tata porzestanie panować nad swoimi potzrebami fizjologicznymi i zacznie być całkowicie uzależniony od drugiej osoby.Ja z przerazeniem każdego dnia widziałam jak jest gorzej.

Niekiedy mnie złość w  środku skręcała ale nie wiem skąd czerpałam cierpliwość i anielski spokój.Potrafiłam sto razy na dzień powtarzac to samo,tłumaczyć,szukać zaginionych rzeczy.Tata wywalał mi ważne rzeczy bo dla niego wszystko jest zbędne.Nauczyłam się chować ważne rzeczy tak zeby przypadkiem nie wpadły mu w ręce.tata nie umie czytać ani pisac.Zapomniał.Nie potrafi się podpisać.Nie pamięta jak mam na imię ja,jego syn,rodzeństwo,wnuczki...Zna tylko nazwę miasta gdzie mieszkamy ale dokłądnego adresu już nie.

Wielokrotnie znajdywałam w jego szafkach z ubraniami talerze z jedzeniem.Chowanie jedzenia to podobno częsta(jeśli nie standardowa)sytuacja u chorych na demencję.

Znosił mi do domu worki na śmieci,które wyciągał z kontenera na śmieci.

Anielska cierpliwość.Światła w całym domu świecą sie non stop więc można sobie wyobrazić moje rachunki za prąd:P

Zainwestowałam w sprzęty energooszczędne:P

Zrezygnowałam z gazu bo często tata odkręcał kurki.któregoś dnia mogliśmy wylecieć w kosmos.

Kilka(naśce)razy zdarzały się sytuacje gdy bywał agresywny.

I jak sobie poradzić gdy człowiek wpada w jakiś obłęd,szał,a Ty masz na ręku przerazone maleńswto a nieco strasze dziecko ze strachu chowa się pod kołdrą?

Straszne to wszystko.......

Owszem.Myślałam o jakimś domu opieki.Tyle,ze wiem,ze muszę jeszcze próbować.Póki dam radę,póki będę mieć siłę i póki nie będzie zagrożenia dla mojej rodziny będę walczyć.

Incydenty z agresją były tylko incydentami ale jesli się będą powtarzać nie będę mieć wyboru.Ciężka sytuacja.Z jednej strony obowiązek wobec osoby,która gdy była potzrebna stanęła na wysokości zadania i nie zostawiła nas.(o tym może innym razem ale generalnie rzecz się tyczy sytuacji gdy zmarła moja mama)Z drugiej strony sytuacja może przerosnąć moją rodzinę.

Nie mam pojęcia jak sobie poradzę.JAk mam pogodzic dom,pracę,której ze względów finansowych absolutnie nie mogę rzucić,dwoje małych dzieci i opiekę nad tak chorym człowiekiem.

Inna sprawa,ze wstępnie orientowałam sie w kosztach pobytu w domu opieki i mnie przerastają.

Poza tym wiem,że gdy umieszczę tatę w takim ośrodku będę mieć tak czy siak wyrzuty sumienia.

Z jednej strony to rodzine najpierw opiekują sie swoimi dziećmi,potem jest na odwrót.

Ale z drugiej strony tak sobie myślę,jeżeli to ja kiedyś będę tak chora.Czy chciałabym być cieżarem dla swoich dzieci?

MAm mnóstwo dylematów.

Nie wiem co będzie.Wiem,ze przyjdzie taki moment,że będę musiała stawic czoło tej decyzji.

Najgorsze były chwile w szpitalu.Po pierwszym dniu tata zapadł w depresje.CHciał uciekać ze szpitala.Potem wyczaił jak sie okno otwiera i mnie straszył,ze jak mu butów nie przyniosę zeby mógł ucec to wyskoczy przez okno.:(

PO kilku dniach nieco poprawił się jego stan psychiczny i nie mógł sie doczekać operacji.Chciał zeby było już po wszystkim i zeby mógł wrócić do domu.Wcale mu sie nie dziwię bo kto by lubił pobyt w szpitalu.

Dwa tygodnie temu była operacja.Przeżyłam straszne chwile.Szukam taty na oddziale pooperacyjnymNIe ma.Szukam pielęgniarki ona nic nie wie.Szukam lekarza żadnego nie ma.Obłęd.Wkońcu spotkałam jakiegoś lekarza.Zapytałąm o tatę to zmarszczył czoło i kazał iść do profesora tam i tam.Serce mi stanęło bo przeszło mi przez myśl,ze stało się cos strasznego i dlatego nikt mi nic nie mówi tylko odsyła na inne piętro.

PAn profesor(kieronik kliniki)na wstępie stzrelił-no usunełiśmy płuco.Aż usiadłam z wrażenia.JAkie płuco?Przecież mieliście węzły chłonne usuwać?

Droga pani,węzeł to był jeden wielki,zgniły guz.Olbrzymi jak pięść.Dawno takiego raczyska nie widziałem.Trzeba było usunać dwa płąty płuca.Zmiany były okropne.

I co teraz?Gdzie jest tata?

Teraz to decydujaca będzie pierwsza doba.Tata jest na OIOM-ie.Nie moż epani wejść,nie moze pani taty zobaczyc.Jeszcze jest nie wybudzony.ALe będzie cieżko bo z nim nie ma kontaktu.

Tak.Tyle to ja wiem.

Pięlęgniarki mówiły żebym jechała do domu.MAm odpocząć.Bo wiedzą jaka jest ciężka opieka i ze siły mi będą potzrebne jak tata wróci do domu.Święta racja.Ale ja i tak panikowałam jak one sobie tam z tatą poradzą.

Tatę utzrymywali w śpiączce farmakologicznej.Potem nie było lepiej.Tata się awanturował,szalał,zrywał aparaturę,wyrywał opatrunki i dreny.Nie chciał jesć,pic ani brać leków.NA OIOM-ie jest do dziś.Leży na łóżku,przywiązany.

Myślałam,ze wiele juz w życiu widziałam i ze nie ruszy mnie aż tak.WKońcu pozwolono nam wejść na oddział ale nie na salę.Mogliśmy zobaczyć tatę przez szybę.Ten widok będzie mnie prześladował do końca życia.

Aparatura,dreny.Tata nagi(w samych slipach)na łóżku.Kręci głową na boki.Nieprzytomny wzrok wędruje po suficie.Zaczął sobie wyrywać opatrunek.Pielęgniarka od razu go przywiązała do łóżka.Mówiła,ze chciała zeby swobodnie mógł rękoma ruszać ale co go odwiąże to wyrywa wszystko.

W pewnym momencie brat nie wytrzymał i wbiegł do sali.Złapał tatę za rękę.Tata spojrzał,wzrok zaczął mu sie zmieniać.Delikatnie się uśmiechnął.Juz otwiertał usta,już chciał coś powiedzieć gdy pielęgniarka niemal siłą wyrzuciłą brata z sali:(

Po dwóch dniach pojechałam ja.Pan profesor powiedział,ze badania kontrolne wyszły dobrze i ze możemy tatę zabrać do domu.

Mogę iść zobaczyć tatę ale wejść na salę nie mogę.Poszłam.Pielęgniarka zaprowadziłą mnie na salę.Powiedziała,ze wejsć nie mogę ale w drzwiach mogę stanąć.Tata leży dwa metry od drzwi.Przecież mnie zobaczy.MOże sie uśmiechnie,moze podniosę go na duchu swoją obecnosćią i pocieszeniem,ze za dwa dni idzie do domu.Nie mogę znieść widoku ojca otumionego lekami.Błędny,dziwki wzrok.Nieobecny.W innym świecie.

Ręcę rpzywiązane do łóżka.Zapadnięta twarz.Postarzał sie o 30 lat w ciagu tegp tygodnia.

Pielęgniarka posadziła ojca i mówi,ze jestem,niech popatrzy na drzwi.Zaczęłam do niego mówić.Nie słyszał.Nie rozumiał co mówi pielęgniarka.Kręcił bezwiednie głową na boki.Serce mi pękło.Próbował coś powiedzieć ale z jego gardła wydobył się skrzek.Zachrypnięty.

Tego nie zniosłam.Popłakałam się i uciekłam stamtąd.Niby mój tata ale zupełnie jak obcy człowiek.

Pielęgniarka powiedziała,ze rano było dobrze.Że zjadł śniadanie i normalnie rozmawiał.Sensownie na tyle na ile on potrafi sensownie mówić.Ale na wieczór znowu zapada w swój świat.Współczuje i nie wyobraża sobie jak my sobie poradzimy z nim w domu.JAsne.Przywiąze go do łóżka i będę szprycować lekami.Kurrrrrrrr.......

Boję sie.Boję jak diabli.Nie wiem co będzie,Czy będzie spokojny,czy wróci do formy jak w końcu będzie mógł swobodnie usiąść,chodzić.Jak będzie w znanym sobie jeszcze niedawno miejscu z bliskimi osobami.

Czy może będzie w swoim świecie,nie będzie nas poznawał.

Co z moimi dziećmi?Jak mam starszej wytłumaczyć,ze dziadek jest chory,ze moze być nieobliczalny.

Jak mam pogodzić sie z chorobą taty?Jak mam dalej żyć?

Nie poradzę sobie sama.Muszę mieć pomoc gdzieś z zewnątrz.

Pielęgniarka środowiskowa?

Hospicjum domowe?

Nie wiem.Nie wiem.Sytuacja mnie przerastać zaczyna.A to dopiero wierzchołek góry lodowej.

Dlatego włąśnie nie ma mnie na blogu.NIe mam siły pisać.NIe mam czasu bo doba jak już pisałam jest za krótka by wszystko jakos poukładać.

Proszę,zaciśnijcie mocno kciuki bym miała siłę podołać temu wszystkiemu.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Znalezione w mailu

poniedziałek, 09 maja 2011 23:04

Niby klasyczny łańcuszek...

Jednakże w obliczu ostatnich zdarzeń w moim życiu jakoś odczytałam przesłanie;)

 

Pewnego dnia, na placu targowym, pośród tłumu ludzi siedział niewidomy z
kapeluszem na datki i kartonikiem z napisem: "Jestem ślepy, proszę o pomoc"
Pewien mężczyzna, który przechodził obok niego, zauważył, ze jego
kapelusz jest prawie pusty, zaledwie parę groszy... Wrzucił mu parę
monet, po czym bez pytania niewidomego o zgodę, wziął jego kartonik,
odwrócił na druga stronę i napisał coś...
Tego samego popołudnia, ten sam mężczyzna znowu przechodził obok tego
samego niewidomego i zauważył, że tym razem jego kapelusz jest pełen monet.
Niewidomy rozpoznał kroki tego człowieka i zapytał go, czy to on
odwrócił kartonik i co na nim napisał...
Mężczyzna odpowiedział: "nic, co nie byłoby prawdą. Przepisałem Twoje
zdanie tylko troszkę inaczej."
Uśmiechnął się i oddalił...
Niewidomy nigdy się nie dowiedział, że na jego kartoniku było napisane:
"Dziś wszędzie dookoła jest wiosna, a ja nie mogę jej zobaczyć..."

Zmień swoją strategię, jeśli coś nie jest tak jak być powinno. A
zobaczysz, że będzie lepiej...
Jeśli nie prześlesz tego maila dalej nie stanie się absolutnie nic. Ale
mimo wszystko,wyślij to do wszystkich tych osób, które, wg Ciebie,
zasługują na to, by dostrzec wiosnę nawet jeśli czasem jest to trudne...
I do wszystkich tych, których chcesz widzieć ciągle uśmiechniętymi, bo
to właśnie ich uśmiech zmienia świat na lepsze...
Jeśli któregoś dnia ktoś zarzuci Ci, że Twoja praca nie jest
profesjonalna, powiedz sobie, że Arkę Noego zbudowali amatorzy a
Titanic'a profesjonaliści.

Z usmiechem, modlitwą i dobrymi zyczeniami


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

KAtowane dziecko w obliczu ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie

środa, 09 marca 2011 12:03

Zrobiło się głośno w mediach na temat katowanego małego Szymonka.

Materiałów jest mnóstwo chociażby reportaż w Celowniku.

Resztę możecie sobie wygooglować.

Przeraża mnie bezprawie w naszym kraju.

Jeszcze rok temu wszyscy podnosili głos gdy rząd pracował nad Ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie

Ja się pytam PO CO rząd uchwalił tą ustawę jeśli teraz-w obliczu przemocy w stosunku do dziecka NIKT nie może nic zrobić.

Opieka społeczna owszem zareagowała na zgłoszenie ale nikt nic nie widzi,nikt nic nie słyszy.A katująca dziecko "matka" grozi sądem za naruszenie miru domowego.

Kolejna ustawa na papierze.

Sprawiedliwości GDZIE JESTEŚ???

 

 


Podziel się
oceń
0
0
Tagi: przemoc

komentarze (14) | dodaj komentarz

środa, 26 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  358 591  

Lubię to

DATOWNIK

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 358591
Wpisy
  • liczba: 124
  • komentarze: 350
Bloog istnieje od: 3023 dni

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Bloog.pl